Rekolekcje Wakacyjne 2009 Oaza I st. w Smolanach

 

Czy warto na rekolekcje rodzinne?

 

 

Tegoroczne wakacje były dla mnie i dla mojego męża jeszcze do niedawna wielkim wyzwaniem. Dlaczego? No właśnie... w kwietniu tego roku mój mąż Marek zaproponował mi dwutygodniowy wyjazd na Oazę Nowego Życia I stopnia .

Mieszkamy w Częstochowie i od pięciu lat należymy do Domowego Kościoła. W tym czasie często wyjeżdżaliśmy na rekolekcje tematyczne trwające tydzień, nieraz trzy dni, ale piętnaście dni?! To chyba przesada pomyślałam, a moje dzieci potwierdziły te odczucia. Poświęcić cały urlop na modlitwę od rana do wieczora? Za własne pieniądze? Och, to chyba za duże wyzwanie nawet jak dla członków Domowego Kościoła.

         Jednak kiedy głowa rodziny proponuje taki wyjazd, to szyja powinna pokręcić się nieco i solidarnie powiedzieć tak. ...

            Ponieważ terminy, które proponowano w naszej diecezji Częstochowskiej nam nie pasowały, Marek wyszukał w internecie na stronach Domowego Kościoła wyjazd do Smolan.

Gdzie to jest? -pytałam-przecież to na końcu świata. Inni ludzie, inna kultura, inna kuchnia...”ojej” -przytaknął ktoś z naszej małej grupy  częstochowskiej – „ przecież chyba zdajecie sobie sprawę, że animatorzy mogą być sztywni, że możecie być nie wysłuchani, no bo jak my byliśmy... itp. itd... Słuchałam tego i myślałam – oni mają rację, a jak tam nie pozwolą mi mówić, przecież ja tak lubię mówić , a co gorsze nie pozwolą się śmiać i trzeba będzie udawać poważną osobę...och to takie straszne. Trzeba się modlić do Ducha Świętego! Koniecznie! Tak, koniecznie do Ducha Świętego! Aby dał nam światło i pokój serca, aby pozwolił otworzyć się na łaskę płynącą z tych rekolekcji, aby przysłał nam dobrych animatorów, nie koniecznie „sztywniaków”....

Dzień wyjazdu zbliżał się nieuchronnie, a my już pełni spokoju i radości wyruszyliśmy na podbój obcej nam jak do tej pory krainy, oraz  nieznanego obszaru duchowości na jaką mieliśmy się otworzyć.

Już w czasie podróży zaczęłam się wczuwać w rolę misjonarki. Pracuję w Sanktuarium Krwi Chrystusa w Częstochowie, gdzie znajduje się jedna z trzech(nie licząc cudów eucharystycznych) Relikwii Krwi Chrystusa. Wydajemy również czasopismo ‘Żyć Ewangelią” i to je wsadzałam za wycieraczki aut, wręczałam przypadkowym ludziom, dziwiącym się, że coś dostają za darmo.

Po przyjeździe na miejsce przywitali nas animatorzy i ksiądz moderator. Mocno się im przypatrywałam, ale ni jak nie wystawały z ich ciał kije , ani od szczotki, ani żadne inne.

Po kolacji, podczas pogodnego wieczoru zawiązaliśmy wspólnotę siedemnastu rodzin. Był to piękny i radosny czas poznawania się, wspólnego śpiewu, gawędzenia, wpatrywania się w roześmiane buziaczki dzieciaczków (a było ich razem czterdzieści cztery). Czułam się jak gdybym przyjechała do starych przyjaciół, których znam od lat, tylko twarzy nie pamiętam, ale za to czuję ich całym swoim sercem.

Nazajutrz  przydzielono nas do małych grupek i zaczęła się praca z Pismem Świętym, szkoła życia i modlitwy, lekcje śpiewu, jednym słowem zaczęliśmy odszukiwać Pana Boga w naszym życiu. Świadectwa innych pomagały nam i umacniały w przekonaniu, że nie ma sytuacji bez wyjścia, a każdy kolejny dzień przynosił za sobą coraz to nowe odkrycia duchowe.

W piątek, sześć dni po przyjeździe zaczęliśmy tajemnice bolesne. Pan Bóg miał dla nas szczególny plan z nimi związany. Z czwartku na piątek zmarła mama Marka. Wyruszyliśmy więc do domu. Cała wspólnota pomogła się nam spakować, ktoś zrobił kanapki, ktoś przyniósł kawę na drogę...

Gdzieś za Rajgrodem natrafiliśmy na korek, który nie miał końca. Dojechaliśmy do policjanta wstrzymującego ruch z zapytaniem co się stało. Nie dając nam odpowiedzi, kazał jechać za niebieskim autem. ”Jedźcie za nim, on was przeprowadzi przez las”. Wpatrując się w lusterka boczne jechaliśmy długo duktem leśnym, a za nami nie było nikogo, kogo by jeszcze przepuszczono. Gdy wyjechaliśmy na główną drogę, zadzwoniła przyjaciółka z rekolekcji – „właśnie skończyła się msza za waszą mamę i za was”. Wiedziałam, że jesteśmy niesieni modlitwą. Tak działo się do samej Częstochowy. Jak by nie było innych samochodów, tirów, korków koło Warszawy...W czasie podróży mąż przyznał mi się, że od pewnego czasu modlił się o dobrą śmierć dla mamy, gdyż bardzo cierpiała. Ja również modliłam się o to samo, choć nigdy tego nie wypowiedziałam.

Sam pogrzeb był smutny, tak jak zawsze, kiedy odchodzi ktoś bardzo bliski i kochany. Smutny, ale nie tragiczny. Dlaczego? No właśnie. Prosiliśmy Pana Boga, aby skrócił mękę rodzicielki, która dziewięć miesięcy nosiła mojego męża pod sercem. Już nie cierpi, lecz może się cieszyć życiem wiecznym. Przecież w to właśnie wierzymy – w życie po życiu !

Kiedy siedzieliśmy po stypie z naszymi dziećmi(mam trzy córki i synusia z nabytku, gdyż jedna z córek cztery miesiące temu wyszła za mąż) najstarsza z nich, dość niechętna Bogu, zadała mi pytanie. „Mamuś, czemu wy się tak umartwiacie, czemu jeździcie na te rekolekcje?” – Umartwiamy się? Nie! Chodź dziecinko. Pokażę Ci ludzi umartwionych...Szybko wgrałam zdjęcia z rekolekcji i zaczęłam pokazywać dzieciom. „Czy widzicie tu jakieś smutne twarze?- Nie – odrzekły.” „Popatrzcie- tu jesteśmy na wycieczce, a tu pojechaliśmy na kąpielisko,         ooo a tu mamy uroczystość odnowienia chrztu, a ta pani, a tamten pan...i zobaczcie jacy są weseli.

Hmyy – westchnęła moja córka.- No to opowiedz nam coś o tym Domowym Kościele, skoro wam tak tam dobrze.”

Może ten czas żałoby wyzwolił w niej chęć poznania nieznanego?  Może trudny dla niej okres(jej mąż jest chory na raka mózgu) kazał dowiedzieć się więcej na temat dotąd ośmieszany i wyszydzany, a może po prostu Pan Bóg miał cel zbliżenia nas do siebie właśnie w taki sposób w czasie tajemnic bolesnych?  Pierwszy raz zaczęliśmy opowiadać jej (wcześniej nie chciała słuchać) o dialogu małżeńskim,  który pozwala nam żyć w zgodzie, o modlitwie, która nas umacnia, o Słowie Rema, które nas prowadzi przez życie, o tym , że poddaliśmy się temu ,że - nie moja, lecz Twoja wola niech się dzieje.

Kiedy po pogrzebie wróciliśmy do Smolan, a była już ciemna noc, na podwórcu czekali na nas - ksiądz, animatorzy, większość uczestników oazy. To było takie wzruszające. Tuliliśmy się do siebie, ktoś powiedział „ dobrze, że już wróciliście,” a animator dodał „ brakowało nam twojego śmiechu”. A ja się tak bałam przyjeżdżając tu, że będę tylko denerwować ludzi. Hihihi

Do końca oazy czekały na nas jeszcze takie niespodzianki jak wycieczka na Wigry, wieczór przy świecach(ale się działo),nie sposób nie wspomnieć o kartaczach(pysznej potrawie regionalnej), odnowienie ślubów, weselna agape i słynne mrowiska oraz sękacze, aż wreszcie nadszedł czas wyjazdu. Chcę tu zostać- krzyczało moje serce, chcę tu jeszcze choć chwilę pobyć. Posłuchać tych ludzi, przejść się na spacer i liczyć siedzące tuż obok na gniazdach bociany, czy żurawie, zanurzyć się w czystym jeziorku, klęknąć z mężem w ciemnej , cichej kapliczce przed Najświętszym Sakramentem, jeszcze raz zaśpiewać Jezusowi... Przyjeżdżałam tu pełna obaw, a wyjeżdżam napełniona Łaską Bożą, z bagażem nowych doświadczeń, wspaniałych przyjaźni, które już na zawsze będą zapisane złotymi literami na drodze mojego życia.

Można by już zakończyć tą przydługą historię, ale w Częstochowie zdarzyło się coś, czego się nie spodziewałam. Moja najstarsza córka przyszła do mnie kontynuować rozmowę o Domowym Kościele, o Bogu, o partnerstwie w małżeństwie i jakże wielkie zdziwienie mnie ogarnęło, kiedy zaprosiwszy swoje koleżanki, zaczęła pokazywać im zdjęcia z naszej oazy i z dumą mówiła-„ to są moi rodzice, a tu mają odnowienie ślubu, a no bo wiesz -oni są w Domowym Kościele i się przez to bardzo dobrze dogadują . Moje dwie młodsze córki także zaczynają mówić o tym ruchu, a najmłodsza zainspirowana ostatnimi wydarzeniami w naszej rodzinie napisała artykuł „ Jakie mogą być problemy młodego człowieka w poznawaniu Boga”.

Dodam tylko, że dziękuję Bogu, że skierował nasze kroki tam gdzie miało być tak strasznie, a było tak pięknie. Dziękuję Bogu za każdą minutę oazy, a przede wszystkim za tajemnice bolesne, które połączyły dwa pokolenia i za te owoce, które zaczynamy zbierać. Dzisiaj Matki Boskiej Siewnej. Maryjo chwała Ci za Obfite Plony. Każde ziarno , które rzucimy Twoją ręką pod stopy Jezusa wydaje zawsze plon stukrotny.

                                         

                                                                                           

Iwona Łucka