W życiu wystarczy tylko zaufać Jezusowi i Jego Matce

Świadectawa 
W życiu wystarczy tylko zaufać Jezusowi i Jego Matce
Jesteśmy małżeństwem od 13 lat, mamy dwie córki: Beatę (10 lat) i Kasię (8 lat). Do Domowego Kościoła należymy od września 2007 roku. W lutym 2007 roku uczestniczyliśmy w Rekolekcjach Ewangelizacyjnych, na których przyjęliśmy Jezusa Chrystusa jako osobistego Pana i Zbawiciela. W maju 2008 wzięliśmy udział w ORAR-ze I st. w Częstochowie, a w październiku w ORAR- się ze II st. w Radomsku. W czasie wakacji wyjechaliśmy do Zakopanego na rekolekcje tematyczne „Modlitwa osobista”. Pragniemy zaświadczyć o Łaskach jakie otrzymaliśmy od naszego Boga.Jako młode małżeństwo staraliśmy się o dziecko, ale długo nie mogliśmy go mieć. Pewnego dnia poszliśmy do kaplicy św. Józefa, gdzie odbywało się nabożeństwo ruchu Odnowy w Duchu Św. Usłyszeliśmy słowa: „Są wśród nas małżonkowie, którzy bardzo chcą mieć dziecko. Niech się nie martwią, bo to dziecko będą mieli”. Niespełna rok po tej modlitwie przyszła na świat nasza córka Beatka. Gdy Beatka miała roczek okazało się, że jestem w stanie błogosławionym z drugim dzieciątkiem. Radość nasza była wielka, ale zaraz pojawiły się problemy zdrowotne. Miałam silne boleści żołądka. Po kolejnym ataku przyjechała karetka, która zabrała mnie do szpitala w Blachowni. Tam chciano mi wmówić, że nie jestem w ciąży. Dowiedziałam się, że boleści powodują kamienie z woreczka żółciowego, które przedostały się do przewodów żółciowych. Usłyszałam, że niezbędna jest operacja. Muszę jedynie podpisać na nią zgodę - ewentualne problemy z ciążą, jakie mogłyby wystąpić po operacji przyjmuję, jako konsekwencje swojej decyzji. Zgody nie podpisałam. Następnego dnia kazano mi jechać do szpitala na Parkitce. Zawiózł mnie tam Marcin. Trafiłam na taki oddział, na którym każdemu, niezależnie czy trzeba, czy nie, robiono gastroskopię. Powiedziałam, że jestem w ciąży, ale nikt nie chciał mnie słuchać. Po gastroskopii dostałam bardzo silnego ataku, gdyż doszło do naruszenia trzustki. Poziom diastazy wzrósł kilkakrotnie. Zostałam spakowana i karetką przewieziona do kliniki w Katowicach-Ligocie.
Tam po rozmowie z lekarzem musieliśmy dokonać bardzo trudnego wyboru, mianowicie, czy decydujemy się na operację, ale wtedy dziecko ma bardzo małe szanse na przeżycie, czy nie, ale wiadomo, że trzustka jest tylko jedna i bez możliwości regeneracji. Pamiętam, że to była sobota. Mieliśmy jeszcze niedzielę do zastanowienia się. Obydwoje płakaliśmy, bo żadne z nas nie wiedziało, co robić. Marcin pojechał do domu, a ja zostałam. W pokoju wisiał obrazek Jezusa Miłosiernego, a pod nim napis „Jezu ufam Tobie”. W niedzielę poszłam do kaplicy szpitalnej i oddałam się pod opiekę Jezusa mówią: „Jezu, nie wiem co robić. Proszę Cię, zadecyduj za mnie, a ja wypełnię Twoja wolę. Pragnę, żebyś wiedział też, jak bardzo chcę mieć to dziecko i jak bardzo chcę wrócić do domu.” W poniedziałek rano zrobiono mi jeszcze raz badania. Przyszedł do mnie profesor-ordynator oddziału. Był bardzo zdziwiony, bowiem okazało się, że poziom diastazy obniżył się o połowę. Powiedział, że jeżeli będę leżeć i stosować się do jego zaleceń, to może wcale nie będzie potrzebna operacja. Tak też się stało. Wiem, że sprawił to Pan Jezus, któremu się oddałam w opiekę. Po dwóch tygodniach byłam już w domu. Niestety w szóstym miesiącu ataki się nasiliły. Marcin zawiózł mnie do szpitala im. A. Mickiewicza w Częstochowie. Tam usłyszałam od dyrektora, że w takim stanie na pewno nie będę rodzić w jego szpitalu. Skoro byłam już w klinice, to mam tam wrócić. Na szczęście pani doktor, która mnie prowadziła znała w klinice profesora pracującego na oddziale ginekologicznym i w ten sposób znalazła dla mnie miejsce. Atmosfera panowała niezbyt miła, bo znów pacjentka z Częstochowy zajęła miejsce. Każdego dnia odmawiałam koronkę do Miłosierdzia Bożego i Nowennę do Matki Bożej, a także przyjmowałam Jezusa w Komunii świętej. W siódmym miesiącu ciąży nie było już wyjścia, musiałam mieć operację. Wiedziałam, że Matka Boża czuwa nade mną i wszystko będzie dobrze. Lekarze spodziewali się, że po operacji usunięcia woreczka żółciowego wraz z kamieniami wystąpi akcja porodowa. Byli bardzo zdziwieni, że nic takiego nie miało miejsca.
Wydawało się, że mogliśmy z Marcinem już spokojnie oczekiwać przyjścia na świat naszej córeczki. Jednak w ósmym miesiącu ciąży pojawiła się myśl, że Kasia jest już duża i że czas najwyższy na poród. Zgłosiłam się do lekarza i następnego dnia po rozmowie z nim byłam przygotowywana do cesarskiego cięcia. Okazało się, że wody płodowe były już bardzo zielone, ale Kasia przyszła na świat cała i zdrowa.Razem z Marcinem dziękujemy za wszystko Bogu. Postanowiliśmy także, dać coś więcej od siebie, dlatego wstąpiliśmy do Domowego Kościoła. Nasza codzienna modlitwa z Pismem św. wprowadza w nasze życie pokój. Powtarzamy sobie i innym, że w życiu wystarczy tylko zaufać Jezusowi i Jego Matce.
Chwała Panu.
Małgosia i Marcin Gawronowie